sobota, 17 listopada 2012
Kobiety - pistolety. Sesja z ,,CR Fashion Book"
,,Są kobiety pistolety
i kobiety jak rakiety
chude, długie i wysokie
z wydepilowanym krokiem
Są kobiety bezzmarszczkowe
fit kobiety luksusowe
pielęgnacji wciąż oddane
z samych siebie odessane"
Maria Peszek ,,Kobiety pistolety"
Modelki: Linda Evangelista, Stephanie Seymour i Carolyn Murphy
Nie wiem czy to dobra czy zła interpretacja sesji, w końcu Carine Roitfeld zapewne nie ma pojęcia o tej piosence. Jednak jest coś w tych modelkach, coś co mówi: ,,perfekcja, pewność siebie". A czy da się to przełożyć na życie codzienne - chociażby nosząc proste, dopasowane ubrania, które nie przytłaczają właścicielki i pokazują jej kobiecość. Sesja z pozoru jest zwykła i niczym się nie wyróżnia, ale coś przykuwa w niej uwagę. Może to po prostu talent fotografa, czyli Karla Lagerfelda.
Źródło zdjęć: thefashionspot.com
sobota, 3 listopada 2012
,,Jeździec bez głowy" - głowy za niego nie dam
Johnny Depp, tajemnicza historia i mroczny klimat XVIII wieku = przepis na sukces. Tim Burton wiedział zapewne już o wiele wcześniej niż w 1999 roku , że nazwisko ,,Depp" przyciągnie tłumy i podwyższy jakość średniego lub nawet kiepskiego filmu. Tak jak jest w przypadku ,,Jeźdźca bez głowy", który ma dobre opinie w internecie, widzę go co jakiś czas w telewizji. Z okazji Haloween zamiast ,,Miasteczka Haloween" (również w reżyserii Burtona) pomyślałam sobie - obejrzę tego ,,Jeźdzca bez głowy", tyle o nim słyszałam to sprawdzę go w praktyce.
Po pierwsze - o czym to jest? Z www.filmweb.pl - ,,Ichabod Crane (Johnny Depp) jest nowojorskim policjantem. Przybywa on do małej osady Sleepy Hollow, by rozwiązać sprawę tajemniczych morderstw, które - jak twierdzą tamtejsi mieszkańcy - dokonywane są przez ukrywającego się w pobliskich lasach Jeźdzca bez głowy. Crane, w przeciwieństwie do mieszkańców, nie wierzy, aby w tym wypadku działały siły nadprzyrodzone. Jedną z niewielu życzliwych dla Crane'a osób jest Katrina Van Tassel (Christina Ricci), która pomoże mu w rozwikłaniu tej tajemniczej zagadki."
Jest więc i zbrodnia, i przybysz z zewnątrz próbujący rozwiązać zagadkę morderstw. Główny bohater pokazuje co jakiś czas zabawkę - obracający się obrazek przedstawiający ptaszka w klatce. Ma to związek z jego dzieciństwem, gdzie matka znała się na czarach a on sam widział między rodzicami nie czary, a przemoc. Dlatego jego uwagę przykuwa córka Baltusa Van Tassel'a - Katrina.W filmie często występuje motyw ,,obcy z zewnątrz i córka podejrzanego bohatera = nagłe zauroczenie się sobą nawzajem". Jak można się domyślić, tutaj właśnie tak jest. W sumie nie przeszkadza mi to, dopóki między bohaterami da się wyczuć ,,chemię" - między Ichabodem i Katriną jakoś nie mogę jej zauważyć. Może dlatego, że bohaterka wygląda w filmie na ok.14 lat, a policjant na ok.25? Inna rzecz: sam wygląd tytułowego Jeźdca bez głowy oraz efekty specjalne - krew, ścinanie głów, przerażająca staruszka wzbudzają raczej uśmiech politowania niż zachwycone oczy. Może to wina roku, w którym oglądam film - 2012 (gdyby ktoś był bardzo rozkojarzony) , w porównaniu kiedy został wyprodukowany - 1999. Jednak nie podoba mi się to i tyle. Drugoplanowe postacie - niestety byli tylko tłem.
Jeśli chodzi o plusy - coś, na co zawsze zwracam dużą uwagę: scenografia, cały klimat wieku XVIII, kostiumy - czerń miała tu pole do popisu. Poza tym główni bohaterowie, czyli Katrina i Ichabod zostali ciekawie zagrani (wyłączając relację między nimi) . Oboje przykuwają uwagę i gdyby była to lepiej skonstruowana historia ( i parę innych rzeczy) to byliby na pewno lepiej zapamiętani - a tak są trochę ,,ratownikami średniego filmu". Fabuła - nie jest głupia, akcja rozwija się stopniowo i odbiorca wyczekuje ,,o co chodzi z tym jeźdzcem i dlaczego on tak tnie te głowy".
Film sam w sobie nie jest tragiczny, ale chyba nie obejrzę go drugi raz. Już chyba wolę po raz trzeci inne filmy Burtona np. ,,Miasteczko Haloween" czy ,,Gnijącą pannę młodą". I jeszcze płaszcz Comme des Garcons dla H&M na Monice Olejnik - może z tą torebką nie ma takiego ,,mrocznego" efektu ( do tego sznurowane buty skracają sylwetkę) , ale dzięki czerni, falbankom i długości pasuje mi on do klimatu w filmie:
Źródło zdjęć: lula.pl, filmweb.pl , chomikuj.pl
sobota, 27 października 2012
Emma Stone: vogue amerykański i brytyjski
Emma Stone to dziewczyna, która staje się coraz bardziej popularna. Nie tylko ze względu na swoje role,ale też przez to,że jest jeszcze dośc ,,nowa" i dlatego magazyny chętnie widzą ją na swoich okładkach. Magazyny - skupię się na Vogue. Wersja amerykańska i brytyjska. Amerykański Vogue wciąż ma jakąś tam falę odbiorców, ale chyba jego ,,siła" w gazetowym światku jest coraz słabsza. Dlaczego? Brak mu ciekawego pomysłu na okładkę, gwiazdy na nich często nie przypominają siebie. Brakuje mi w nim odrobiny luzu wobec mody. Brytyjski Vogue ten dystans (może nie wielki,ale jednak) ma i to widać nawet na okładkach.Chociaż pamiętam, że często co roku we wrześniowym wydaniu pojawia sie Kate Moss. Teraz przejdę do zdjęć Emmy w obu gazetach:
Wersja amerykańska - lipiec. Co widzę na pierwszy rzut oka? Plusy: niezła kolorystyka stroju i tła, rzucające się w oczy informacje typu ,,trendy na jesień" - dla mnie to akurat plus,bo wolę oglądać trendy na jesień niż np. kolejne ,,100 glamour dodatków/ciuchów". Minusy: strach w oczach Emmy, kiepska mimika twarzy, dziwne ułożenie ciała. Nawet ta sukienka,która miała chyba sprawiać wrażenie wygodnej, na zdjęciu powoduje odwrotny efekt.
A tutaj wersja brytyjska- sierpień.Co mi się podoba: kaszkiet, sweter, makijaż.Fryzura też może być, chociaż jest podobna do tej z vogue us. Spojrzenie jest bardziej naturalne i spokojne.Ułożenie dłoni i mimika aktorki nie jest zachwycająca, dlatego mały minus. Niezbyt pasuje też wisiorek, który trochę przeszkadza.
Podsumowując: jeśli chodzi o porównanie vogue us i uk z Emmą, zdecydowanie wygrywa ten drugi. Trochę głupio, że ta sama osoba jest na okładkach konkurujących ze sobą gazet w tak krótkim odstępie czasu. Ale może po prostu wykorzystuje swoje ,,5 minut"?
Źródło zdjęć: google
niedziela, 14 października 2012
Kobieca antybohaterka w książce ,,Alicja w krainie konieczności" Magdaleny Kawki
,,Jeszcze się taki nie narodził, co by każdemu dogodził " to przysłowie dobrze obrazuje historię Alicji , głównej bohaterki książki ,,Alicja w krainie konieczności" Magdaleny Kawki. Dlaczego właśnie to? Ponieważ mamy tu przykład osoby, która ciągle chce wszystkich zadowolić, odjąć im kłopotów. Zapomina jednak o sobie, mimo pozornie dojrzałego wieku (skończona czterdziestka). A jak rysuje się jej życie?
W skrócie ( z www.merlin.pl): Czy tylko wtedy, gdy wbije się własnej siostrze nóż w plecy i ukradnie dzbanek z malinami, można zniszczyć jej życie? Okazuje się, że bywają jeszcze inne sposoby na to, żeby normalna, czterdziestoletnia kobieta poczuła się w swoim życiu jak w klatce, z której nie ma wyjścia. Alicja, jak każda szczęśliwa mężatka trwająca w spokojnym przekonaniu, że żadne burze jej w życiu nie grożą, i że zestarzeje się z tym samym mężczyzną, pewnego dnia zostaje postawiona przed wyborami, na które nie była gotowa. Jej bezpieczny dotychczas świat staje nagle na głowie, ale jednocześnie pojawia się nadzieja, że oto nadszedł wreszcie ten moment, kiedy będzie mogła pomyśleć o sobie. Tylko czy uda jej się ta trudna sztuka?
Alicja jest projektantką /dekoratorem wnętrz. Lubi swoją pracę, chociaż czasem gusta klientów doprowadzają ją na skraj wytrzymałości. Ma męża Roberta, którego ,,w sumie" kocha. Nie jest to związek idealny, ale przecież mogło być gorzej. Właściwie na początku książki można odnieść wrażenie, że jej wybranek to jadowity wąż, a nie przytulny misiek, który szanuje i rozumie swoją żonę. Pani Helenka - gosposia niecierpiąca Alicji ( z wzajemnością, ale z czasem się to zmieni w przypadku obu stron), ale za to mająca umiejętność ,,ogarnięcia" domu i lepienia wspaniałych pierogów - przysmak pana domu. Zuzanna - intrygantka potrafiąca okręcić sobie wokół palca praktycznie każdego, oczywiście od wielu lat jej ofiarą jest siostra, czyli Alicja. Problem z mężem, z dziećmi, z aborcją...wszystko spada na głowę Alicji. Ona natomiast może wyjeżdżać sobie za granicę (żyje na zmianę w Polsce i w Nimczech), iść do kosmetyczki lub po prostu zostawić noworodka, bo musi ,,przyzwyczaić się" do niego. Tak, tak - to kobieta niesamowicie niezależna i mająca wielkie poczucie własnej wartości. Układa sobie życie pod swoje dyktando i nigdy nie bierze pod uwagę czyjegoś ,,ale". Taka postawa pozwala bardzo ułatwić sobie chwilami trudną rzeczywistość, w szczególności wszelkie zajęcia (domowe, zawodowe), bo przecież zawsze ,,ktoś" może pomóc. Matka Zuzanny i Alicji to niestety kobieta zajmująca się wszystkim i wszystkimi, tylko nie sobą - być może to od niej Alicja przejęła kompletny brak (zdrowego) egoizmu i zatracanie się w zbędnych obowiązkach. Makabrycznie to brzmi i zastanawiam się jakim cudem główna bohaterka nie widziała manipulacji swojej siostry czy fochów męża przez tak długi czas.
Wiem, że są takie kobiety wśród nas, takie ,,wiecznie zajęte, pokorne i zmęczone Alicje". I przyznam, że to strasznie przykre, ale z drugiej strony - czy to nie przypadkiem w jakiejś części ich wina? Wiadomo, uważa się wciąż w pewnym stopniu, że dziewczynka ma być grzeczna i cicha, chłopak za to ma prawo ,,bić się, chodzić na drzewach i krzyczeć ile sił popadnie". Mam nadzieję, że z roku na rok takie myślenie będzie coraz mniej popularne , aż w końcu zniknie ze świadomości kobiet ( i mężczyzn). Wieczna postawa ,, ja to za ciebie zrobię" pewnie po jakimś czasie staje się dla nich rutyną i czymś ,,normalnym". Otóż nie, takie zachowanie powinno się od razu zmienić. Nikt nie powinien dać się wykorzystywać i wypełniać za kogoś jego obowiązków, nie szanować swojego wolnego czasu i pozwalać na wieczne wchodzenie na głowę. Owszem, ostatecznie w wyniku pewnych zdarzeń przychodzi w głowie głównej bohaterki chwila (podkreślam - niestety tylko chwila, a nie długotrwała decyzja) rozsądku i opamiętania: ,,stop, tak dłużej z takim mężem już nie wytrzymam, nie jestem kozłem ofiarnym mojej siostry!".
W książce poznajemy mnóstwo osób i różnorodność charakterów - pewny siebie i jednocześnie opiekuńczy Daniel, urocza i bezpośrednia sąsiadka Zuzanny, niemiecki lekarz typu ,,najpierw robię, później myślę", małżeństwo prowadzące pensjonat na odludziu...trochę tego jest, ale mimo to nie ma poczucia przesytu bohaterów. Na kolejne plusy książki zaliczę również prosty i zrozumiały język oraz dobrze rozwijającą się akcję mniej więcej do 3/4 - czasem lepiej (historia życia sąsiadki Zuzanny i wątek o Polakach w czasie wojny), czasem gorzej (wylądowanie w lesie i cudem znalezienie urokliwego miejsca na nocleg czy spotkanie dawnej, chamskiej kumpeli ze studiów, która przypadkiem wygadała się z czymś bardzo dla Alicji intymnym). Minusy to na pewno irytacja wobec głównej bohaterki - nie potrafiłam po prostu polubić tej kobiety i jej zachowań, nie mogę zrozumieć jak bardzo można przez tyle lat być tak bardzo uległą wobec innych. Mieć 40 lat i lecieć na każde skinięcie palca siostry? Trochę też przeszkadzały mi kompletnie nie pasujące ,,ucięte" wątki do głównej fabuły. No i niestety mniej więcej w 3/4 książki wszystko zaczyna płynąć wolnym tempem i ma się wrażenie ,,zastygnięcia" głównej bohaterki. Powinno być chyba inaczej - zamiast nużącego początku zaskakujące rozwinięcie, aż do dobrego ,,przykuwającego myśl" zakończenia. Tutaj koniec jest całkiem oryginalny, ale jakoś mi nie podpasował.
Co mogę powiedzieć o tej książce osobie, ktora nigdy jej nie czytała? Nawet niezła historia, niestety zepsuta paroma rzeczami. Ale ma jedną zaletę - przestrzega ( w szczególności kobiety) przed postawą głównej bohaterki. Chcesz - przeczytaj, bo wtedy poznasz historię kobiety, która nie potrafi wziąć życia w swoje ręce i wciąż zapomina o sobie. Subiektywna uwaga życiowa - dlatego ty nie bądź jak Alicja, która czuje się w swojej rzeczywistości tak niewygodnie jak za duża Alicja z ,,Alicji z Krainy Czarów" Lewisa Carolla. Nieważne czy masz mniej niż 40 lat czy więcej.
Źródło zdjęć: www.elfilium.blogspot.com , google
W skrócie ( z www.merlin.pl): Czy tylko wtedy, gdy wbije się własnej siostrze nóż w plecy i ukradnie dzbanek z malinami, można zniszczyć jej życie? Okazuje się, że bywają jeszcze inne sposoby na to, żeby normalna, czterdziestoletnia kobieta poczuła się w swoim życiu jak w klatce, z której nie ma wyjścia. Alicja, jak każda szczęśliwa mężatka trwająca w spokojnym przekonaniu, że żadne burze jej w życiu nie grożą, i że zestarzeje się z tym samym mężczyzną, pewnego dnia zostaje postawiona przed wyborami, na które nie była gotowa. Jej bezpieczny dotychczas świat staje nagle na głowie, ale jednocześnie pojawia się nadzieja, że oto nadszedł wreszcie ten moment, kiedy będzie mogła pomyśleć o sobie. Tylko czy uda jej się ta trudna sztuka?
Alicja jest projektantką /dekoratorem wnętrz. Lubi swoją pracę, chociaż czasem gusta klientów doprowadzają ją na skraj wytrzymałości. Ma męża Roberta, którego ,,w sumie" kocha. Nie jest to związek idealny, ale przecież mogło być gorzej. Właściwie na początku książki można odnieść wrażenie, że jej wybranek to jadowity wąż, a nie przytulny misiek, który szanuje i rozumie swoją żonę. Pani Helenka - gosposia niecierpiąca Alicji ( z wzajemnością, ale z czasem się to zmieni w przypadku obu stron), ale za to mająca umiejętność ,,ogarnięcia" domu i lepienia wspaniałych pierogów - przysmak pana domu. Zuzanna - intrygantka potrafiąca okręcić sobie wokół palca praktycznie każdego, oczywiście od wielu lat jej ofiarą jest siostra, czyli Alicja. Problem z mężem, z dziećmi, z aborcją...wszystko spada na głowę Alicji. Ona natomiast może wyjeżdżać sobie za granicę (żyje na zmianę w Polsce i w Nimczech), iść do kosmetyczki lub po prostu zostawić noworodka, bo musi ,,przyzwyczaić się" do niego. Tak, tak - to kobieta niesamowicie niezależna i mająca wielkie poczucie własnej wartości. Układa sobie życie pod swoje dyktando i nigdy nie bierze pod uwagę czyjegoś ,,ale". Taka postawa pozwala bardzo ułatwić sobie chwilami trudną rzeczywistość, w szczególności wszelkie zajęcia (domowe, zawodowe), bo przecież zawsze ,,ktoś" może pomóc. Matka Zuzanny i Alicji to niestety kobieta zajmująca się wszystkim i wszystkimi, tylko nie sobą - być może to od niej Alicja przejęła kompletny brak (zdrowego) egoizmu i zatracanie się w zbędnych obowiązkach. Makabrycznie to brzmi i zastanawiam się jakim cudem główna bohaterka nie widziała manipulacji swojej siostry czy fochów męża przez tak długi czas.
Wiem, że są takie kobiety wśród nas, takie ,,wiecznie zajęte, pokorne i zmęczone Alicje". I przyznam, że to strasznie przykre, ale z drugiej strony - czy to nie przypadkiem w jakiejś części ich wina? Wiadomo, uważa się wciąż w pewnym stopniu, że dziewczynka ma być grzeczna i cicha, chłopak za to ma prawo ,,bić się, chodzić na drzewach i krzyczeć ile sił popadnie". Mam nadzieję, że z roku na rok takie myślenie będzie coraz mniej popularne , aż w końcu zniknie ze świadomości kobiet ( i mężczyzn). Wieczna postawa ,, ja to za ciebie zrobię" pewnie po jakimś czasie staje się dla nich rutyną i czymś ,,normalnym". Otóż nie, takie zachowanie powinno się od razu zmienić. Nikt nie powinien dać się wykorzystywać i wypełniać za kogoś jego obowiązków, nie szanować swojego wolnego czasu i pozwalać na wieczne wchodzenie na głowę. Owszem, ostatecznie w wyniku pewnych zdarzeń przychodzi w głowie głównej bohaterki chwila (podkreślam - niestety tylko chwila, a nie długotrwała decyzja) rozsądku i opamiętania: ,,stop, tak dłużej z takim mężem już nie wytrzymam, nie jestem kozłem ofiarnym mojej siostry!".
W książce poznajemy mnóstwo osób i różnorodność charakterów - pewny siebie i jednocześnie opiekuńczy Daniel, urocza i bezpośrednia sąsiadka Zuzanny, niemiecki lekarz typu ,,najpierw robię, później myślę", małżeństwo prowadzące pensjonat na odludziu...trochę tego jest, ale mimo to nie ma poczucia przesytu bohaterów. Na kolejne plusy książki zaliczę również prosty i zrozumiały język oraz dobrze rozwijającą się akcję mniej więcej do 3/4 - czasem lepiej (historia życia sąsiadki Zuzanny i wątek o Polakach w czasie wojny), czasem gorzej (wylądowanie w lesie i cudem znalezienie urokliwego miejsca na nocleg czy spotkanie dawnej, chamskiej kumpeli ze studiów, która przypadkiem wygadała się z czymś bardzo dla Alicji intymnym). Minusy to na pewno irytacja wobec głównej bohaterki - nie potrafiłam po prostu polubić tej kobiety i jej zachowań, nie mogę zrozumieć jak bardzo można przez tyle lat być tak bardzo uległą wobec innych. Mieć 40 lat i lecieć na każde skinięcie palca siostry? Trochę też przeszkadzały mi kompletnie nie pasujące ,,ucięte" wątki do głównej fabuły. No i niestety mniej więcej w 3/4 książki wszystko zaczyna płynąć wolnym tempem i ma się wrażenie ,,zastygnięcia" głównej bohaterki. Powinno być chyba inaczej - zamiast nużącego początku zaskakujące rozwinięcie, aż do dobrego ,,przykuwającego myśl" zakończenia. Tutaj koniec jest całkiem oryginalny, ale jakoś mi nie podpasował.
Co mogę powiedzieć o tej książce osobie, ktora nigdy jej nie czytała? Nawet niezła historia, niestety zepsuta paroma rzeczami. Ale ma jedną zaletę - przestrzega ( w szczególności kobiety) przed postawą głównej bohaterki. Chcesz - przeczytaj, bo wtedy poznasz historię kobiety, która nie potrafi wziąć życia w swoje ręce i wciąż zapomina o sobie. Subiektywna uwaga życiowa - dlatego ty nie bądź jak Alicja, która czuje się w swojej rzeczywistości tak niewygodnie jak za duża Alicja z ,,Alicji z Krainy Czarów" Lewisa Carolla. Nieważne czy masz mniej niż 40 lat czy więcej.
Źródło zdjęć: www.elfilium.blogspot.com , google
czwartek, 27 września 2012
,,Lekcja tańca" Katarzyny Krenz - gdyby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała
Książka Katarzyny Krenz to mieszanka tańca, emocji, poświęcenia...Opis z tyłu skusił mnie do tego, aby przyjrzeć się jej bliżej. I nie żałuję, chociaż była to lektura ,,krótka", bo nie jest to książka, którą by się ,,smakowało". Właściwie tuż po zakończeniu sama nie wiedziałam co o niej myśleć, może zawiodło mnie trochę przeczucie, może miałam za duże oczekiwania. Pozostałych książek pani Krenz nie czytałam, ale jak zobaczę w bibliotece to może ( z nastawieniem na tak) przeczytam. Czemu ,,może z nastawieniem na tak"? Postaram się wyjaśnić to w recenzji ,,Lekcji tańca".
Po pierwsze parę zdań na temat fabuły. Ze strony merlin.pl - ,,Kolejna książka autorki bestsellerowej powieści ,,W ogrodzie Mirandy". Tym razem bohaterką jest młodziutka balerina Julia. Dziewczyna odnosi sukcesy na scenie, przygotowuje się do wielkiej roli, która otworzy jej drzwi do kariery. Mordercze treningi i życie pełne wyrzeczeń na rzecz tańca, stają się przyczyną rozstania z ukochanym, który nie potrafi zaakceptować sukcesów Julii. Niefortunny upadek podczas próby wyklucza Julię z przygotowań do spektaklu. Wielka miłość i taniec - wszystko co było dla Julii najważniejsze, wydaje się by stracone.
Ujmująca, pełna uroku obyczajowa opowieść o młodości, marzeniach, miłości, bez której największy sukces traci swoją wartość, tańcu, który jest całym życiem i ludzkich losach, które krzyżują się ze sobą w nieodgadniony sposób."
Mamy Julkę, która z rozpoczęciem książki ma ok. 17 lat a pod koniec prawie 20. Przez te 3 lata dzieje się w jej życiu bardzo dużo. Dużą rolę odgrywają wobec jej wyborów zawodowych i prywatnych ambicje, która przysłaniają miłość, przyjaźń czy nawet urządzenie własnego pokoju. Nawet nie mama - Alicja, dawna baletnica a aktualnie szczęśliwa żona i matka. Lub babcia , zwana Babanią - również tancerka, mieszkająca w Konstancinie i czuwająca nad całą rodziną. Jest jeszcze Tamara - ciotka mieszkająca w Niemczech, gdzieś tam daleko od całej rodziny. Jednak to właśnie listy od niej staną się małą kroplą drążącą uporządkowany świat głównej bohaterki. Kolejną rzeczą staje się pierwsza miłość ze starszym chłopcem - Radkiem. Rzuca on Julkę, bo ,,nie ma czasu na głupoty" i chce skupić się na karierze. Dla 17 letniej dziewczyny jest to na pewno ,,dramat", zwłaszcza jeśli to z nim przeżyła swój pierwszy raz. Jakiś czas później okazuje się, że wygrała elimacje do prestiżowego konkursu tanecznego, w którym zajmuje pierwsze miejsce. W Stuttgarcie na stypendium może w końcu spełnić swoje marzenia jako solistka. O dziwo, obie te rzeczy jej nie cieszą - i tutaj zaczyna się moje ,,ale" wobec książki. Rozumiem, że tancerka traktuje swoje życie jako drogę do celu, czyli zostania mistrzynią tańca. W takim razie niech chociaż trochę okaże radość z powodu sukcesu, natomiast główna bohaterka raczej zachowuje się odwrotnie...Cóż, może nie do końca umiem wniknąć w świat tancerzy, ale to mi trochę to nie pasowało. Czego jeszcze dowiadujemy się wraz z rozwinięciem akcji? Po śmierci Tamary w spadku zostawia Julce mieszkanie w Krakowie. Nie jest również z tego faktu zadowolona, najpierw od razu myśli o jego sprzedaży. Później w wyniku wypadku i kontuzji nogi nauka samodzielności w samotnym mieszkaniu okazuje się być niezłą lekcją życia dla tancerki. Pojawia się (czasem) Patryk , 25 letni chłopak zakochany w Julii. Do tego pan Antoni (oraz jego kot Maurycy) - przyjaciel Tamary, a może i ktoś więcej. Ostatecznie główna bohaterka podejmuje decyzję o swojej przyszłości z przymusu, kiedy ,,szansa" na coś innego ją omija - i to z jej własnej winy. Nie będę jednak wnikać w szczegóły nad zakończeniem.
Co mi się nie podobało?
Parę rzeczy, chociażby cytaty dziwnie psychologiczno-przypominające wywody Paulo Coelho: ,, -Wiesz, jak to jest z łabędziami? Wcale nie tak jak u Czajkowskiego, bajkowo i bezcieleśnie. Żeby naprawdę wzlecieć, trzeba się mocno odbić nogami od ziemi, a potem z całych sił bić skrzydłami....- przerwała, jakby się nad czymś zastanawiała. - No, może jednak trochę jak u Czajkowskiego."
,, Mówi się, że namiętność i rozpacz są piękne, kiedy wyrażają prawdę. Może i tak. Ale te same uczucia bywają też brzydkie, histeryczne i przerysowane. Zbyt...namiętne, by móc je komuś okazać, a co dopiero spokojnie o nich rozmawiać."
Poza tym jakoś za dużo mi było w tej książce opisów złego nastroju i ,,psychicznego gnicia" Julii w starym mieszkanii ciotki niż świata tancerzy lub skupienia się na jej związku z Patrykiem. Przecież Julia nie ma 15 lat, kiedy zostaje w mieszkaniu. Rozumiem, że ,,nauka dojrzałości" i pozostania w nowym miejscu dla każdego jest trudna, ale miałam wrażenie, że główna bohaterka ma nie 20, a właśnie ok.15 lat. Może dlatego, że właściwie nie miała czasu na ,, nastoletni bunt", skoro cały czas tańczyła? Emocje skrywała pod maską ruchów a swoje myśli rzadko kiedy zamieniała w słowa do innych. Sama postawa głównej bohaterki pozostawia wiele do życzenia. Jej egoizm - zapatrzenie tylko na siebie i taniec. Wytykanie matce tego, że zamiast tańczyć to ją urodziła. Brak życzliwości do ciotki Tamary, która zawsze (tak mi się wydaje) ciekawie opisywała jej świat tańca poprzez sztukę czy historię. Do tego ignorowanie innych, zupełny brak proszenia o pomoc - postawa Zosi Samosi w życiu na dłuższą metę się nie sprawdza.
Jest też parę powodów, dla których bardzo polecam tę książkę:
Wspaniały dziennik Tamary, zupełnie inaczej opisany taniec niż w oczach Julii czy nawet jej matki. Tamara to postać oryginalna, inteligentna, uważna i do tego niestety nieszczęśliwa. Jej życiorys mógłby być podstawą dla kolejnej książki, ale nie wiem czy autorka ma taki zamiar czy może chciała po prostu chciała ,,urozmaicić" swoją książkę właśnie poprzez takie wstawki. W każdym razie - efekt zamierzony, dziennik Tamary to duży plus książki. Poza tym książkę czyta się lekko i przyjemnie, język jest naturalny. Kolejną zaletą jest dobre przedstawienie drugoplanowych bohaterów - pan Antoni, Patryk , nawet nieszczęsny i zły Radek. Dochodzi jeszcze nauczycielka tańca Julii - Swietłana Michajłowna Borodina, która zdaje sobie sprawę jak bardzo jej uczennica jest utalentowana i chce aby zaszła daleko. Umie jednak powiedzieć jej parę słów ,,do myślenia", bo sama już dawno zakończyła karierę i potrafi spojrzeć na sukces tancerki z dystansem. Natomiast zakończenie w sumie potraktuję jako zaletę, bo zachęciło mnie do przeczytania dalszych losów Julki - nawet jeśli poczułam trochę niedosyt ,,to już?".
Mimo kilku wad polecam tę książkę, bo rzadko natrafiam na lekturę opisującą świat tancerzy. Czasem efekt wychodzi, czasem gorszy...Tutaj akurat się udało. Na koniec przytoczę cytat, który jak dla mnie jest kwintesencją całej książki: ,, Dotąd życie miało cel. Bez tańca celu nie było, a wszystko inne utraciło sens."
Źródło zdjęcia: google
Po pierwsze parę zdań na temat fabuły. Ze strony merlin.pl - ,,Kolejna książka autorki bestsellerowej powieści ,,W ogrodzie Mirandy". Tym razem bohaterką jest młodziutka balerina Julia. Dziewczyna odnosi sukcesy na scenie, przygotowuje się do wielkiej roli, która otworzy jej drzwi do kariery. Mordercze treningi i życie pełne wyrzeczeń na rzecz tańca, stają się przyczyną rozstania z ukochanym, który nie potrafi zaakceptować sukcesów Julii. Niefortunny upadek podczas próby wyklucza Julię z przygotowań do spektaklu. Wielka miłość i taniec - wszystko co było dla Julii najważniejsze, wydaje się by stracone.
Ujmująca, pełna uroku obyczajowa opowieść o młodości, marzeniach, miłości, bez której największy sukces traci swoją wartość, tańcu, który jest całym życiem i ludzkich losach, które krzyżują się ze sobą w nieodgadniony sposób."
Mamy Julkę, która z rozpoczęciem książki ma ok. 17 lat a pod koniec prawie 20. Przez te 3 lata dzieje się w jej życiu bardzo dużo. Dużą rolę odgrywają wobec jej wyborów zawodowych i prywatnych ambicje, która przysłaniają miłość, przyjaźń czy nawet urządzenie własnego pokoju. Nawet nie mama - Alicja, dawna baletnica a aktualnie szczęśliwa żona i matka. Lub babcia , zwana Babanią - również tancerka, mieszkająca w Konstancinie i czuwająca nad całą rodziną. Jest jeszcze Tamara - ciotka mieszkająca w Niemczech, gdzieś tam daleko od całej rodziny. Jednak to właśnie listy od niej staną się małą kroplą drążącą uporządkowany świat głównej bohaterki. Kolejną rzeczą staje się pierwsza miłość ze starszym chłopcem - Radkiem. Rzuca on Julkę, bo ,,nie ma czasu na głupoty" i chce skupić się na karierze. Dla 17 letniej dziewczyny jest to na pewno ,,dramat", zwłaszcza jeśli to z nim przeżyła swój pierwszy raz. Jakiś czas później okazuje się, że wygrała elimacje do prestiżowego konkursu tanecznego, w którym zajmuje pierwsze miejsce. W Stuttgarcie na stypendium może w końcu spełnić swoje marzenia jako solistka. O dziwo, obie te rzeczy jej nie cieszą - i tutaj zaczyna się moje ,,ale" wobec książki. Rozumiem, że tancerka traktuje swoje życie jako drogę do celu, czyli zostania mistrzynią tańca. W takim razie niech chociaż trochę okaże radość z powodu sukcesu, natomiast główna bohaterka raczej zachowuje się odwrotnie...Cóż, może nie do końca umiem wniknąć w świat tancerzy, ale to mi trochę to nie pasowało. Czego jeszcze dowiadujemy się wraz z rozwinięciem akcji? Po śmierci Tamary w spadku zostawia Julce mieszkanie w Krakowie. Nie jest również z tego faktu zadowolona, najpierw od razu myśli o jego sprzedaży. Później w wyniku wypadku i kontuzji nogi nauka samodzielności w samotnym mieszkaniu okazuje się być niezłą lekcją życia dla tancerki. Pojawia się (czasem) Patryk , 25 letni chłopak zakochany w Julii. Do tego pan Antoni (oraz jego kot Maurycy) - przyjaciel Tamary, a może i ktoś więcej. Ostatecznie główna bohaterka podejmuje decyzję o swojej przyszłości z przymusu, kiedy ,,szansa" na coś innego ją omija - i to z jej własnej winy. Nie będę jednak wnikać w szczegóły nad zakończeniem.
Co mi się nie podobało?
Parę rzeczy, chociażby cytaty dziwnie psychologiczno-przypominające wywody Paulo Coelho: ,, -Wiesz, jak to jest z łabędziami? Wcale nie tak jak u Czajkowskiego, bajkowo i bezcieleśnie. Żeby naprawdę wzlecieć, trzeba się mocno odbić nogami od ziemi, a potem z całych sił bić skrzydłami....- przerwała, jakby się nad czymś zastanawiała. - No, może jednak trochę jak u Czajkowskiego."
,, Mówi się, że namiętność i rozpacz są piękne, kiedy wyrażają prawdę. Może i tak. Ale te same uczucia bywają też brzydkie, histeryczne i przerysowane. Zbyt...namiętne, by móc je komuś okazać, a co dopiero spokojnie o nich rozmawiać."
Poza tym jakoś za dużo mi było w tej książce opisów złego nastroju i ,,psychicznego gnicia" Julii w starym mieszkanii ciotki niż świata tancerzy lub skupienia się na jej związku z Patrykiem. Przecież Julia nie ma 15 lat, kiedy zostaje w mieszkaniu. Rozumiem, że ,,nauka dojrzałości" i pozostania w nowym miejscu dla każdego jest trudna, ale miałam wrażenie, że główna bohaterka ma nie 20, a właśnie ok.15 lat. Może dlatego, że właściwie nie miała czasu na ,, nastoletni bunt", skoro cały czas tańczyła? Emocje skrywała pod maską ruchów a swoje myśli rzadko kiedy zamieniała w słowa do innych. Sama postawa głównej bohaterki pozostawia wiele do życzenia. Jej egoizm - zapatrzenie tylko na siebie i taniec. Wytykanie matce tego, że zamiast tańczyć to ją urodziła. Brak życzliwości do ciotki Tamary, która zawsze (tak mi się wydaje) ciekawie opisywała jej świat tańca poprzez sztukę czy historię. Do tego ignorowanie innych, zupełny brak proszenia o pomoc - postawa Zosi Samosi w życiu na dłuższą metę się nie sprawdza.
Jest też parę powodów, dla których bardzo polecam tę książkę:
Wspaniały dziennik Tamary, zupełnie inaczej opisany taniec niż w oczach Julii czy nawet jej matki. Tamara to postać oryginalna, inteligentna, uważna i do tego niestety nieszczęśliwa. Jej życiorys mógłby być podstawą dla kolejnej książki, ale nie wiem czy autorka ma taki zamiar czy może chciała po prostu chciała ,,urozmaicić" swoją książkę właśnie poprzez takie wstawki. W każdym razie - efekt zamierzony, dziennik Tamary to duży plus książki. Poza tym książkę czyta się lekko i przyjemnie, język jest naturalny. Kolejną zaletą jest dobre przedstawienie drugoplanowych bohaterów - pan Antoni, Patryk , nawet nieszczęsny i zły Radek. Dochodzi jeszcze nauczycielka tańca Julii - Swietłana Michajłowna Borodina, która zdaje sobie sprawę jak bardzo jej uczennica jest utalentowana i chce aby zaszła daleko. Umie jednak powiedzieć jej parę słów ,,do myślenia", bo sama już dawno zakończyła karierę i potrafi spojrzeć na sukces tancerki z dystansem. Natomiast zakończenie w sumie potraktuję jako zaletę, bo zachęciło mnie do przeczytania dalszych losów Julki - nawet jeśli poczułam trochę niedosyt ,,to już?".
Mimo kilku wad polecam tę książkę, bo rzadko natrafiam na lekturę opisującą świat tancerzy. Czasem efekt wychodzi, czasem gorszy...Tutaj akurat się udało. Na koniec przytoczę cytat, który jak dla mnie jest kwintesencją całej książki: ,, Dotąd życie miało cel. Bez tańca celu nie było, a wszystko inne utraciło sens."
Źródło zdjęcia: google
wtorek, 18 września 2012
Włoski Vogue sierpień 2012 - nikt nie jest samotną wyspą
Modelka: Jamie Bochert
Fotograf: Steven Meisel
Płaszcz: Ralph Lauren (Rzadko widzę skórzany długi płaszcz,który dobrze wygląda na człowieku.
A szkoda, bo byłoby to coś nowego od skóropodobnych pilotek, ramonesek z kożuchem czy beżowych trenczy.)
Przeglądając różne sesje i okladki dziś akurat ta przykuła mój wzrok, z sierpnia 2012. Aktualna kalendarzowo (post pisałam w sierpniu) i chyba też cała sesja (tutaj zamieszczam fragment) o inną aktualność zahacza - życie dzisiejszych singielek? Anonimowość w wielkim mieście? Przymusowy wybór co do ciągłego spędzania czasu we własnym towarzystwie lub ewentualnie ze zwierzęciem? Gdyby nie postawa modelek, sceneria (brzydkie, wyglądające na stare meble, bałagan na blatach czy stołach, zużyte opakowania po pizzy) i pusty wzrok mogłaby to być sesja przedstawiająca po prostu codzienność wielu ludzi. Jednak wydaje mi się, że jej przekaz jest pesymistyczny: odosobnione życie z czworonogiem pośród czterech ścian (nawet w pięknych ciuchach) nie da człowiekowi szczęścia. Skojarzyło mi się zdanie z ,,Był sobie chłopiec" (mniej więcej tak brzmi):
,,Nikt nie jest samotną wyspą"
Samotne ,wystrojone kobiety jedzące chińszczyznę, mające za towarzysza kota czy psa. Ich mieszkanie nie lśni, włosy nie są ułożone a makijaż nie jest mocny. Coś jakby postawa: ,,pięknie się ubrałam, ale na uczesanie i umalowanie już straciłam ochotę". Siedzą w pokojach, chociaż wygląda to jakby zaraz miały zapaść w śpiączkę czy drzemkę.
Ubiór prosty, ale nie nijaki - Miu Miu, Celine, Balenciaga, Chanel, Alexander Wang. Kolory ciemne: czerń, bordo, czerwień. Pojawia się tez biel, ale raczej jest niewyróżniająca się. Może z wyjątkiem podłogi w szachownicę. Do tego czarne torebki na łańcuchu, pojedyncza biżuteria w czarnym kolorze, buty (można i boso, co przedstawia zdjęcie) na mocnych kwadratowych obcasach, które nie zwracają uwagi kolorem.Ważniejszy jest detal - wiązanie, siatka czy metalowe wstawki.
Bardzo polecam film. Parę rzeczy nie zawsze uda się zauważyć podczas sesji. Mam wrażenie, że tych szczegółów jest o wiele więcej.A teraz skoro już tyle rozpisałam się o sesji, to pora na zdjęcia:
Na pierwszy rzut oka widzi się kontrast między ubraniem modelki a otoczeniem. Bardziej podoba mi się użycie lakieru do paznokci czy otwartej szafki jako niepasujących rzeczy, które zatrzymują wzrok odbiorcy. Takie ,,wtrącanie" niepotrzebnych przedmiotów potrafi dodać sesji oryginalności i określeń ,,dziwna/niepokojąca/ inna"- a o to chyba chodzi w zdjęciach. Chyba, że ktoś lubi non stop patrzeć na zdjęcia bez żadnych ,,skaz".
Nie wiem co myślał sobie oryginalny kot (na filmie widać,że jedno oko ma zielone,drugie niebieskie) robiąc tę minę, ale musiało to być coś ciekawego.
Mam przeczucie, że w rzeczywistości te buty Balenciagi bardzo skracają nogi i nie wygladają dobrze.Co potwierdza Kristen Stewart:
Na modelce o dziwo się sprawdzają.
Źródło zdjęć: tfs,popsugar.com
środa, 12 września 2012
Isabella Blow - szalony kapelusznik mody cz. 2
Pora na drugą część o Isabelli Blow:
Blow oraz Philip Treacy
Gdy wróciła do Anglii, próbowała pisać artykuły dla Vogue,
zakończyło się to fiaskiem. Później jej kariera nabrała tempa, pracowała jako
stylistka dla brytyjskiej edycji Vogue i została dyrektorem do spraw mody
,,London Sunday Times” i ,,Tatler”. W międzyczasie jej odkrycia to Lee McQueen
( zasugerowała aby używał imienia Alexander) , Julien Macgonald, Hussein
Chalayan, Philip Treacy , z modelek: Stella Tennant, Sophie Dahl, z fotografów:
Jürgen Teller, Alistair Thain, Sean
Ellis.
Blow oraz Philip Treacy
W 2002 roku zorganizowano wystawę pt. ,,When Philip met Isabella”- ,,Kiedy Philip spotkał Isabellę” przedstawiającą fotografię Blow w kapeluszach Treacy’ego. Nie zawsze świat mody przyjmował ją z otwartymi ramionami – kiedy McQueen sprzedał swoją markę Gucci, wszyscy mieli kontrakty oprócz niej. Poza tym miała także problemy finansowe oraz w życiu prywatnym – wiele prób In-vitro bez sukcesu, separacja z mężem ,nowotwór jajnika, depresja. Podejmowała wiele prób samobójczych – przez tabletki nasenne, skok z mostu, wjazd w tył ciężarówki , utopieniu się w jeziorze i przedawkowanie w Indiach . 6 maja 2007 powiedziała gościom na przyjęciu, że idzie na zakupy. Zamiast tego poszła do toalety i wypiła środek chwastobójczy. Gdy siostra ją znalazła, stwierdziła(mniej więcej) : ,, Boję się, że nie wzięłam ich wystarczająco dużo” . W grudniu 2010 jej mąż wydał o niej książkę pt. ,,Blow by Blow”.
A co ona sama o sobie mówiła? ,, Jeśli jesteś piękna, nie
potrzebujesz ubrania - mówiła. - Jeśli jesteś brzydka jak ja, jesteś jak dom
bez fundamentów, musisz budować od góry.” Gdy zaczynałam pisać ten tekst, byłam
w dobrym nastroju. Główna bohaterka swoim wyglądem też wzbudza raczej uśmiech
niż smutek – szkoda, że nie było tak w przypadku jej życia osobistego. Jaka
była Isabella Blow pod płaszczem swoich ekscentrycznych strojów i kapeluszy? Nie
wiem, ale jakoś szkoda, że moda straciła tak kolorowego ptaka.
Korzystałam z książki ,,Królowa Vogue’a – Anna Wintour”
Jerry Oppenheimer , Wysokie Obcasy: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,8794392,Jestem_jak_swinia_weszaca_za_truflami.html
, Wikipedii. Polecam też artykuł Cathy Horyn : http://runway.blogs.nytimes.com/2007/05/10/the-pillar-isabella-blow/
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)








.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)





